Pod koniec stycznia wybraliśmy się z Łukaszem na wycieczkę do Rygi na Łotwie. Może nie był to najlepszy czas na wizytę, bo było strasznie zimno i padał deszcz, ale Ryga ma swój urok nawet w taką pogodę.
Podbiegły do mnie dwie dziesięcioletnie dziewczynki. „Masz papierosa?" Niebieskie, urocze oczy blondynki zdecydowanie nie pasują do żadnego stereotypu o rodzinach wykluczonych społecznie. Ta druga – ciemnowłosa, o ciemnej cerze – ta nikogo by nie zaskoczyła. Ale to nie jest świat stereotypów, to jest rzeczywistość.
Hotel Condor wydawał się być jedyną oazą cywilizacji w promieniu wielu kilometrów. Oravița okazała się miastem, w którym nie ma nic. (Nauka na przyszłość: wskazanie palcem na mapę i stwierdzenie, że możemy tu przenocować, bo jest w połowie drogi do punktu y, nie jest idealnym sposobem planowania podróży po Rumunii.)
Sprzedawca papryki macha do mnie. „Co robisz?" „Pan chce się sfotografować z papryką." Czterdziestoletni sprzedawca czerwonych papryczek pozuje, pokazuje swoją starannie wyhodowaną zieleninę i uśmiecha się do nas. Spacerujemy po targu owocowo-warzywnym w brudnym mieście o nazwie Târgu Jiu, które swoją sławę przeżyło albo dawno temu, albo wcale.
Wtedy, w drodze z Pitești do Târgu Jiu, zauważyłam to po raz pierwszy. Przejeżdżaliśmy przez wsie, które są właściwie szeregiem domków ustawionych wzdłuż głównej drogi – bez centrum, bez ryneczku, bez czegokolwiek, czym wizualnie definiujemy wieś. Dziwiliśmy się, że nie ma tu żadnych bocznych uliczek, wszyscy mieszkali przy głównej. Ale szybko zrozumieliśmy dlaczego.
Wyjechaliśmy z lotniska w Bukareszcie w kierunku Targu Jiu. Tak zaczęła się nasza podróż przez Rumunię, gdzie dzikie psy są jak przerośnięte gołębie, a blond włosy budzą sensację.