Hotel Condor wydawał się być jedyną oazą cywilizacji w promieniu wielu kilometrów. Oravița okazała się miastem, w którym nie ma nic. (Nauka na przyszłość: wskazanie palcem na mapę i stwierdzenie, że możemy tu przenocować, bo jest w połowie drogi do punktu y, nie jest idealnym sposobem planowania podróży po Rumunii.)
Sprzedawca papryki macha do mnie. „Co robisz?" „Pan chce się sfotografować z papryką." Czterdziestoletni sprzedawca czerwonych papryczek pozuje, pokazuje swoją starannie wyhodowaną zieleninę i uśmiecha się do nas. Spacerujemy po targu owocowo-warzywnym w brudnym mieście o nazwie Târgu Jiu, które swoją sławę przeżyło albo dawno temu, albo wcale.
Wtedy, w drodze z Pitești do Târgu Jiu, zauważyłam to po raz pierwszy. Przejeżdżaliśmy przez wsie, które są właściwie szeregiem domków ustawionych wzdłuż głównej drogi – bez centrum, bez ryneczku, bez czegokolwiek, czym wizualnie definiujemy wieś. Dziwiliśmy się, że nie ma tu żadnych bocznych uliczek, wszyscy mieszkali przy głównej. Ale szybko zrozumieliśmy dlaczego.
Wyjechaliśmy z lotniska w Bukareszcie w kierunku Targu Jiu. Tak zaczęła się nasza podróż przez Rumunię, gdzie dzikie psy są jak przerośnięte gołębie, a blond włosy budzą sensację.