Nigdy więcej nie będziemy jeździć po Ugandzie po ciemku. Obiecaliśmy sobie nawzajem, a rano wyruszaliśmy naprawdę wcześnie. Nie udało się. W drodze do Gór Księżycowych złapały nas ciemności i burza. To była podróż, w której goryle Uganda okazały się jednym z najpiękniejszych przeżyć w naszym życiu.
Jeśli myśleliśmy, że nic gorszego niż jazda po ciemku przez polne drogi nie istnieje, dziś okazało się, że zatopione dwumetrowe dziury w drodze to taka brutalna szkoła jazdy offroadowej na życie i śmierć.

Nie chciało mi się już na dwudniową wycieczkę. Zatrzymaliśmy się w hostelu, z którego się wyrusza, i oświadczyliśmy, że rano na pewno idziemy. Żadne z nas w to jednak nie wierzyło. Nie chcieliśmy rozczarować jedno drugiego, ale ten depresyjny deszcz przynosił jedynie chęć, żeby jak najszybciej stąd uciec.
Rano jednak przygotowało nam niespodziankę – było pięknie. Żadne z nas nie mogło znaleźć ani jednego powodu, żeby nie iść, więc wyruszyliśmy. Do Gór Księżycowych nie wolno bez przewodnika i tragarzy. Kosztuje to też sporo pieniędzy. Dwudniowa wycieczka wychodzi na osobę 235 dolarów, a do tego wypada dać napiwki tragarzom, których musisz mieć, ale firma im nie płaci. To po prostu ludzie z wioski.

Pod górę, a potem pod stromą górę
„Teraz będzie równinka jakieś cztery kilometry, a potem zaczniemy się wspinać.” Tłumaczył nam nasz przewodnik, a my przez całą drogę dziwiliśmy się, dlaczego mówi „równinka” na coś, co w rzeczywistości jest podejściem. Potem zrozumieliśmy, że podejście to dla niego tylko to, gdy musisz pomagać sobie rękami. Szybko byliśmy wdzięczni za tragarzy. Prażyło słońce, a my przedzieraliśmy się przez dżunglę.

Nasz przewodnik nie był zbyt dobrym przewodnikiem. Jego najczęstsze słowa to: „Tu robimy przerwę?”
Coś sensownego wyciągnęliśmy z niego dopiero wtedy, gdy zapytaliśmy, czy są tu jadowite węże.
„Są. Mamy tu zieloną mambę, czarną mambę i plującą kobrę.” Błysnęły białe zęby w uśmiechu pośrodku ciemnej twarzy.
„Czyli tylko te najniebezpieczniejsze na świecie.” skomentował to Łukasz.
„No tak, ale musielibyśmy mieć ogromne szczęście, żeby je spotkać!” Uśmiecha się przewodnik, a my sobie w duchu mówimy, że to byłoby naprawdę ogromne szczęście – spotkać takiego węża, który mógłby nas zabić.

Ugandyjski teatr w chowanego
Kiedy docieramy do połowy drogi i wygląda na to, że wyzionniemy ducha, decydujemy, że potrzebujemy przerwy na obiad. Tragarze wypakowują jedzenie, a potem razem z przewodnikiem znikają za rogiem. Słyszymy, jak się śmieją i żartują, ale jak tylko obiad się kończy, wracają, milkną i dopóki są w naszym towarzystwie – milczą.

Wreszcie docieramy do chatki. Okazuje się jednak, że nie ma tu żadnego widoku. „Musielibyśmy wejść jeszcze wyżej, ale to zależy od was,” mówi nam Ugandyjczyk. Więc wczołgujemy się jeszcze wyżej, ale od razu się za to przeklinamy, bo wiemy, że w najbliższych dniach nasze ciała nam za to nie podziękują. Po łącznie 7 godzinach jesteśmy na 3147 metrach. Było warto.

Ale tutaj zaczyna się prawdziwy teatr. „No, jesteśmy na miejscu.” stwierdza przewodnik, pokazuje na chatkę, w której będziemy spać, a potem znika do maleńkiej budy do naszych trzech tragarzy i innych ludzi, którzy już tu byli.

Biali europejscy notable
„Na stronie pisali, że typową aktywnością po hikingu jest rozmowa z przewodnikiem.” Rozbawiona komentuję schowanych w budzie Ugandyjczyków. Naszego przewodnika tego dnia widzimy już tylko raz na „briefingu”, który polegał jedynie na ogłoszeniu, że śniadanie mamy o siódmej, a o 7:30 ruszamy. W międzyczasie co jakiś czas pojawiają się tragarze, którzy zaczynają nam nosić herbatę, ciastka, zupę, a potem danie główne. Jedna porcja jest jak dla pięciu osób i czujemy się głupio, bo nigdy nie jesteśmy w stanie tego zjeść. Nikt z nami nie rozmawia.

„Jesteśmy tu jak jacyś notable,” szepczemy z Łukaszem i czujemy się głupio.
Jak tylko skończymy jeść, szybko znikamy do chatki. Gdy zamykamy za sobą drzwi, rozlega się śmiech. Ugandyjczycy bawią się do północy, a może nawet do rana. Aż znów wyleziemy z chatki i będą nam usługiwać jak notablom. W milczeniu.

„Herbata gotowa.” Rozlega się o 6:20, a my zastanawiamy się, dlaczego mówili, że śniadanie jest o siódmej, skoro budzą nas o 6:20. Machnęliśmy na to ręką i idziemy męczyć się do stołu, na który zaczynają znosić kilka dań śniadaniowych. Najpierw kaszę, potem jajecznicę, pieczone ziemniaki i tosty. Dla Łukasza dodatkowo parówki. Dostaliśmy nawet masło. „Musieli tu przytargać całą kuchnię.” wzdycha nad jedzeniem Łukasz. Jesteśmy z tego nieszczęśliwi, czujemy się winni, że zostawiamy jedzenie. Potajemnie pakujemy resztki i postanawiamy, że zbiegnemy na dół w pięć godzin, a przerwę na obiad odmówimy.

Ryzyko malarii zniechęca do gotowania
Drugi dzień z rzędu nie możemy chodzić. W obozie Simba Camp na skraju Queen Elisabeth National Park człapiemy, jakby nas ktoś pobił, i dokładnie tak się czujemy. Nawet rozbijanie namiotu okazuje się heroicznym wyczynem. Gotowanie na szczęście porzuciliśmy już po pierwszej próbie – ściemnia się tu bardzo wcześnie, a z ciemnością nadchodzi horda komarów i jedno z najwyższych zagrożeń malarią w całej Afryce. Tym więc nie musimy się martwić.

Nie mamy jednak co na siebie, naiwnie myśleliśmy, że skorzystamy z pralek w jakimś hotelu, przy którym będziemy biwakować. Okazało się, że oczywiście pralek tu nie mają, więc trzeba płacić za każdą wypraną sztukę.

Pierniemy więc we własnej misce i rozwieszamy na drzewach dookoła. „To jak choinka po ugandyjsku.” Patrzę na drzewo obok naszego namiotu i zastanawiam się, czy w Warszawie są już wszędzie świąteczne światła.

Ogromne kompleksy hotelowe bez ludzi, czasem bez personelu
Queen Elisabeth National Park jest dla nas lekkim rozczarowaniem. Nie widzimy zbyt wielu zwierząt, do tego ciągle bolą nogi, a wiemy, że nieubłaganie zbliża się tropienie goryli, gdzie nasze mięśnie będą potrzebne.

Wczesnym popołudniem szukamy noclegu, docieramy do jednej lodży, gdzie ma być też miejsce na kemping. W recepcji gra głośna muzyka, ale cały obiekt jest opuszczony. Przeszukujemy teren, ale nikogo nie znajdujemy. Ruszamy więc szukać kolejnego hotelu z możliwością biwakowania, skręcamy przy wątpliwej tablicy Queen Elisabeth Park View Tourist Hotel & Camping. Sama droga nas przeraża, lepi się do nas tłum dzieci, które właśnie wracają ze szkoły – zaglądają nam przez okna do środka, ciągną za klamki albo biegną za nami i udają, że pchają auto. Obok nas przeraźliwa przepaść.
Wreszcie docieramy do bramy i przeraża nas myśl, że musielibyśmy jechać z powrotem przez te dzieci.
Nikt nie przychodzi. Już chcemy zawracać, kiedy zauważam ruch za bramą.
„Ktoś tam jest!”

Najpierw próbowali nas nabrać
Gdy brama się otwiera, wita nas od razu kilku Ugandyjczyków. Teren jest ogromny z widokiem na safari. Najpierw żałujemy, że nie zawróciliśmy. Jesteśmy tu sami, a Ugandyjczyk nie jest zachwycony tym, że chcemy tylko biwakować. „20 dolarów od osoby.” próbuje, ale my mu mówimy, że w internecie mają 10 dolarów.
„10 dolarów też dobrze.” Z poczuciem, że od razu chciał nas nabrać, czujemy się tu jak intruzi. Ale kiedy opadnie pierwszy, tradycyjnie bezceremonialny teatr wokół tego, co chcemy na kolację i o której ją chcemy, a potem przeprosiny, że właściwie mogą zrobić tylko jedno danie i kolacja może być tylko o określonej godzinie, to wszyscy siedzimy w salonie i rozmawiamy.

Okazuje się, że nasz gospodarz interesuje się otaczającym go światem. Opowiada nam o Ugandzie i jej kierunkach rozwoju, a my dowiadujemy się, że jest tu obowiązek szkolny. „Żeby dzieci nie brały narkotyków i dziewczyny nie miały dzieci w piętnaście lat.” komentuje to i opowiada nam dalej, aż dochodzimy do polityki światowej i kończymy narzekaniem na Kim Dzong Una. Potem pyta nas już tylko, jak przyciągnąć więcej turystów z Polski do Ugandy. Rozmawiamy o drogach, o marketingu, aż kończymy na Polsce.
Jak możecie w takim mrozie żyć?
„A jaką macie u siebie pogodę?”
„Zimą temperatura spada nawet poniżej zera. W zeszłym roku nawet minus 15 w Warszawie.”
„UUUUH?” piszczy Ugandyjczyk tradycyjnym miejscowym dźwiękiem zdziwienia. „Jak ludzie mogą w tym żyć?” Wytrzeszcza na nas oczy. „Ja bym cały dzień tylko leżał pod kocem i nigdzie nie wychodził.” I śmieje się. Ta wizja zimy jest dla niego najwyraźniej przerażająco komiczna.

„No, nam też czasem nie chce się wstawać,” przyznaję. Siedzimy w pomieszczeniu, które służy jako recepcja i restauracja. W rzeczywistości jest tu tylko kilka kanap, stolik kawowy i telewizor. Jak większość kompleksów hotelowych, również ten jest przewymiarowany, ale niedopracowany. Kompleks ma minimum 20 pokoi, ale parking tylko na pięć aut. Droga dojazdowa jest piaszczysta, pełna dziur i bardziej nadaje się dla czołgu niż dla samochodu, a prowadzi wzdłuż ogromnej przepaści.
Ostatni raz ktoś tu był miesiąc temu. Mieliśmy więc kilku Ugandyjczyków na wyłączność. Może więcej.
„Mamy w domu ogrzewanie.” Wyjaśnia Łukasz. To Ugandyjczyk ignoruje i nagle zapalają mu się oczy.
„A mogą w tym jeździć samochody? W takim mrozie?” Ugandyjczyk już zupełnie się zanosi ze śmiechu, nigdy nie widziałam, żeby komuś zima wydawała się tak zabawna. Najwyraźniej jest w tym coś komicznego, czego absolutnie nie rozumiem. Tłumaczymy mu, że samochody zimą jeżdżą zupełnie normalnie. Ta troska z kolei wydaje się śmieszna nam – mróz i śnieg to czysta przyjemność w porównaniu ze zwykłą piaszczystą drogą w Ugandzie.
Nagle milknie.
Jak Ugandyjczycy bronią ogrodów
„Słyszycie ten dźwięk? To ludzie biegną bronić ogrodu.” Na chwilę się zatrzymujemy, ale tylko na sekundę. Właśnie wyłączył się prąd i widzę tylko biały półksiężyc uśmiechu.
„Bronić. Przed czym?”
„Przed słoniami! Grają im na bębnach.” Wybuchamy śmiechem, a potem słuchamy bębnów i śpiewu ludzi w oddali, zanim wszyscy idziemy spać. Następnego dnia nawet nie przeszkadza nam, że pewnie doliczył nam do kolacji te 20 dolarów ekstra, które chciał za biwakowanie. Dajemy mu jeszcze napiwek i szczerze życzymy mu, żeby trafiło tu więcej ludzi.

Poszliśmy do dżungli szukać goryli górskich
Największe przeżycie dopiero przed nami. Przyjeżdżamy do Bwindi National Park, skąd następnego dnia mamy wyruszyć na goryle. Nie możemy się doczekać. Miejscowy kemping ma być topowy (cena też taka jest), a spotkanie z gorylami górskimi ludzie oceniają jako najwspanialsze przeżycie w ich życiu.
Rushaga Gorilla Camp jest naprawdę piękny, choć nie działa tu Wi-Fi, a jedzenie jest takie samo jak wszędzie indziej. Gra w Amerykę bez smaku i pomysłu. Ugandyjczycy w organizowaniu nie są zbyt dobrzy – mamy wprawdzie permit na goryle od dwóch tygodni, ale nie wiemy, skąd i o której mamy ruszyć. Próbujemy to ustalić na miejscu, ale informacje od miejscowych Ugandyjczyków są różne. Jeden twierdzi, że o 7:30, inny, że o 8:00.

Na miejscu zbiórki mija kolejne dwie godziny, zanim podzielą nas na grupy i podjedziemy samochodami do punktu, z którego wreszcie ruszamy. Kilka razy próbują nas przekonać, żebyśmy wzięli ze sobą tragarzy (którym potem trzeba dać minimum 15 dolarów). Nie rozumiemy po co, skoro w plecaku mamy tylko wodę i drugie śniadanie. Nie rozumiemy, dlaczego nie są wliczeni w cenę, skoro za to płacimy 450 dolarów (w sezonie płaci się 650 dolarów).
Goryl przyszedł nas dotknąć i chciał się bawić
Brniemy przez dżunglę już kilka godzin, zapadamy się w błoto, a nasz eskorta musi przecinać drogę maczugą. Gdy już chcę się poddać, coś czarnego, ogromnego miga przed nami. Serce nam wali. Potem słyszymy ryk goryli i trzask gałęzi. Ugandyjczycy na nie pofukują i warczą, próbując je przywołać ich mową. My z Łukaszem przeklinamy się, że płacimy za to, żeby tu prawdopodobnie umrzeć w objęciach 180-kilowego goryla.

Jestem jedyna z aparatem, więc jeden z naszych eskorty trzyma mnie za rękę i ciągnie ze sobą na przodzie, podczas gdy drugą ręką odłamuje i przecina gałęzie. Sadza mnie pod drzewem i pokazuje. Nagle je widzę. Wszyscy siadamy w świętej ciszy i patrzymy na gorilą rodzinkę. Oni patrzą na nas. Jeden dwuletni maluch podchodzi, żeby nas dotknąć, a potem odskakuje i zaczyna się cieszyć. Obwąchuje nas. Patrzy mi w oczy, a potem nagle odbiega, wraca i siada na końcu naszego półkola. Dołącza do nas, krzyżuje ręce na piersi i tak jak my przez chwilę obserwuje to, co dzieje się dookoła.

Tych goryli górskich jest na świecie tylko 800 i wszystkie żyją w dwóch Parkach Narodowych w Ugandzie. Jeden z tych parków narodowych sięga również do Demokratycznej Republiki Konga i Rwandy. Nigdzie indziej na świecie nie można się z nimi spotkać.
Powinnaś mieć w domu kozę. Najlepiej dwie albo trzy!
Zaczynają nam się kończyć siły. Dojechaliśmy do jeziora Bunyonyi i łódką przepłynęliśmy do Paradise Eco Hub, czyli uroczego i taniego hoteliku ze świetnymi opiniami na jednej z wysp tego wodnego raju w Ugandzie. Można tu nawet pływać. Zarezerwowaliśmy go przez Booking.com, żeby mieć internet i móc pracować.
Dane na karcie SIM były już prawie na wyczerpaniu, a my musieliśmy odpowiedzieć na mnóstwo maili. Internet oczywiście nie działał, ale może i tak byłby nam niepotrzebny. Nasz organizm postanowił, że ma wszystkiego dość, i na dwa dni i jedną noc kompletnie się wyłączył. I tak przez te dwa dni tylko spaliśmy, jedliśmy albo rozmawialiśmy z personelem.

„A macie w domu kozy?” Pyta mnie jakiś 18-letni Ugandyjczyk i pokazuje na czarną kozę.
„Jasne, mamy.” Odpowiadam, a on wygląda na zaskoczonego.
„A ile ich posiadasz?” Dopiero teraz doszło do mnie, że nie pyta, czy mamy kozy w Polsce, ale czy mamy je w domu my.
„No, my w domu kóz nie mamy. Ale w Polsce ludzie je mają,” tłumaczę.
„Ale powinniście mieć w domu kozy. Taka koza, to bardzo dobra rzecz. Powinnaś mieć przynajmniej jedną, najlepiej dwie albo trzy.” poucza mnie Ugandyjczyk, a ja rozbawiona bawię się myślą o kozach w naszym małym warszawskim mieszkaniu.

Dziś siedzę w jednym z tych drogich turystycznych hoteli przy Parku Narodowym Lake Mburo, gdzie w ciągu dnia obserwujemy zebry. Przyjechaliśmy tu po internet, ten oczywiście nie działa, ale zakochaliśmy się w tej oazie spokoju. I postanowiliśmy, że tu zostaniemy. Jutro czeka nas ostatnie safari, a potem powoli zaczniemy kierować się do domu.

Wskazówki i triki na Twój urlop
Nie przepłacaj za bilety lotnicze
Szukaj lotów na Kayaku. To nasza ulubiona wyszukiwarka, ponieważ przeszukuje strony wszystkich linii lotniczych i zawsze znajduje najtańsze połączenie.
Rezerwuj noclegi mądrze
Najlepsze doświadczenia w wyszukiwaniu noclegów (od Alaski po Maroko) mieliśmy z Booking.com, gdzie hotele, apartamenty i całe domy są zwykle najtańsze i dostępne w najszerszej ofercie.
Nie zapomnij o ubezpieczeniu podróżnym
Dobre ubezpieczenie podróżne ochroni Cię przed chorobą, wypadkiem, kradzieżą lub anulowaniem lotów. Odwiedziliśmy już kilka szpitali za granicą, więc wiemy, jak ważne jest mieć porządne ubezpieczenie.
Gdzie się ubezpieczamy: SafetyWing (najlepsze dla wszystkich) i TrueTraveller (na wyjątkowo długie podróże).
Dlaczego nie polecamy żadnego polskiego ubezpieczyciela? Ponieważ mają zbyt wiele ograniczeń. Ustalają limity liczby dni za granicą, w przypadku ubezpieczenia z karty kredytowej wymagają często opłacania kosztów leczenia tylko daną kartą i często ograniczają liczbę powrotów do Polski.
Znajdź najlepsze atrakcje
Get Your Guide to ogromny rynek online, gdzie możesz zarezerwować spacery z przewodnikiem, wycieczki, bilety skip-the-line, oprowadzania i wiele więcej. Zawsze znajdujemy tam coś dodatkowo fajnego!
